środa, 9 grudnia 2015

Kolorowe Gary - Kuchenne Rewolucje...

Tego się nie spodziewałam...czego? że w moim ukochanym el Fuego zagoszczą Kuchenne Rewolucje. A zagościły! (emisja odcinka już w najbliższy czwartek 10.12.2015 - finał sezonu). 

Kuchnia el Fuego to od zawsze mistrzostwo - dla mnie idealna, dopracowana, nieco wykwintna, po prostu smaczna. To miejsce nigdy nas nie zawiodło smakiem (nie zawiodło też pod innymi względami). Rewolucji w kuchni el Fuego zatem mówię - nie :) ...ale o tym za chwilę. Jest jeden aspekt, który moim zdaniem wymagał rewolucji - fakt, że to restauracja położona na uboczu, gdzie ciężko dotrzeć, gdzie niewielu bywa...popularności na pewno nie można mu zazdrościć...Piotrkowska to to nie jest...o OFF'ie nie wspomnę (tam by się przydały rewolucje kuchenne... bo miejscówka idealna, a nie każdy to docenia). Może zatem rewolucja wizerunku, który zachęci głodnego klienta do wizyty to strzał w dziesiątkę i gra warta poświeceń?

Co się wydarzy w jutrzejszym odcinku - zobaczymy.  W każdym razie my już swoje wiemy - niedzielny obiad w Kolorowych Garach - zaliczony... poniżej mała relacja. 
Do nowego el Fuego, czyli już Kolorowych Garów wybieraliśmy się od tygodni...w zasadzie od kiedy dowiedziałam się, że zagościła tam słynna restauratorka. Nie było nam po drodze, ale w końcu udało się spędzić tam miłe niedzielne popołudnie w doborowym towarzystwie moich Teściów. 

To czego najbardziej się obawiałam to zmiana wystroju. Dotychczas miejsce to w pełni godziło się z moimi gustami - choć wystrój odbiegał od współczesnej nowoczesności, którą lubię. Jednak styl w jakim było urządzone i serce włożone ze strony Właścicielki (pani Marzeny) zasługiwały na ogromny plus. Rewolucje często mają to do siebie, że zmiany we wnętrzach rozumie w zasadzie tylko artystyczna dusza Magdy Gessler. Pierwsze zdjęcia porewolucyjnych Garów wzbudzały wątpliwości...jednak wizyta w zasadzie je rozwiała. Kolorowe dodatki, delikatne zmiany dekoracji ścian...nie okazały się tak drastyczne jak można by się tego spodziewać. Co do samej nazwy - nie mam zdania. Dla mnie to zawsze będzie moje el Fuego :) ale Gary też są ok! ;) (a zwłaszcza zupa w nich podana!) 


Przejdźmy do sedna - jedzonko. Mimo tego, że od maja jestem na konkretnej diecie - dla tego "wyjścia" zrobiłam wyjątek - i nie żałuję!! Ba...nie darowałabym sobie tego, gdybym nie spróbowała. 

Karta została okrojona w nieznacznym stopniu - jest z czego wybierać. Są dania zaproponowane przez Magdę Gessler, dania proponowane przez restaurację, małe menu dla najmłodszych. Jedno jest pewne - nie wyjdziecie stamtąd ani głodni ani "spłukani", porcje od zawsze były właściwe, a na pewno zmianom uległy ceny (widział ktoś gdzieś pół kaczki z dodatkami za 35zł? - porcja spokojnie dla 2 osób!!!! - ja nie...). 

Na pierwszy ogień - coś co nas intrygowało najbardziej - śledź na pierniku z krajanką orzechowo-kaparową. REWELACJA (nie mylić z rewolucją - bo śledzie to według mnie od dawna była domena tego miejsca). Piernik ze śledziem komponuje się świetnie...a smak podkreśla fajny kaparowy dodatek. 

W tytułowych garach serwowane są zupy. Zamawiając samą zupę dla dwóch osób dostaje się ogromny garnek zupy, którym spokojnie wyżywić by można jeszcze jednego dodatkowego głodomora. U nas zagościła grzybowa z kaszą - wcześniej nie próbowałam dodawać kaszy do mojej ulubionej grzybowej, ale teraz już wiem, że ma to ręce i nogi - i smakuje wybornie! 

W naszym zamówieniu nie mogło zabraknąć polików wołowych, które Kolorowe Gary serwują z kaszą i buraczkami (porcja za 29zł). Bardzo poprawne, choć ja zrezygnowałabym z sosu chrzanowego, który przyćmiewa smak delikatnego mięsa z polików. 
Mąż, jak to mąż, zdecydował się na dorsza w sosie greckim - nieco pikantnego, serwowanego z ziemniakami. 
Ale to co wyżej...to mały pikuś... Na największe pochwały i ukłony zasługuje kaczka dziwaczka - czyli wspomniana już wyżej faszerowana połowa kaczki serwowana z kluseczkami i buraczkami. Słowo daję - jak żyję, tak genialnej kaczki nie jadłam! 

Z niecierpliwością czekam na jutrzejsze Kuchenne Rewolucje - choć wyłącznie z czystej ciekawości, bo zdaję sobie sprawę z faktu, że to reżyserowany spektakl, którego wymowę trzeba dzielić przez dwa...a może i czasami przez cztery. Jeśli macie wątpliwości, czy warto zjeść coś w Kolorowych Garach, to mam nadzieję, że je rozwiałam. Polecam! Kolorowym Garom życzymy wszystkiego dobrego na "nowej drodze życia" ściskając przy okazji mocno kciuki za sukces!

poniedziałek, 11 maja 2015

Szparagowe tagiatelle

Sezon szparagowy zbliża się wielkimi krokami - żeby nie powiedzieć, że już się zaczął! Ja nie mogąc się go doczekać zakupiłam pierwsze szparagi i poszłam w kierunku eksperymentu. Wyszło z tego lekkie, pyszne tagiatelle o smaku zaostrzonym serem gorgonzola. Pyszności :) 



Składniki: 

- opakowanie szparagów - białych lub zielonych
- kilka plasterków suchej wędliny - sucha krakowska, szynka szwarcwardzka itp.
- 50g gorgonzoli pokrojonej w kostkę
- garść posiekanej natki pietruszki
- łyżka masła klarowanego
- świeżo mielone sól i pieprz
- garstka tartego parmezanu

Szparagi obieramy (w przypadku zielonych, ułamujemy jedynie suche końcówki). Odłamujemy główki i odkładamy na bok. Następnie korzystając z obieraczki lub łopatki do sera żółtego pozostałą część szparagów kroimy na wstążki a'la tagiatelle. Na patelni rozgrzewamy masło klarowane, wrzucamy pokrojoną wędlinę oraz główki szparagów, podsmażamy około 3 minut. Dodajemy szparagi i smażymy kolejne 5 minut aż szparagi staną się w miarę miękkie, na dwie minuty przed końcem smażenia dodajemy gorgonzolę i natkę pietruszki. Na talerzu każdą porcję posypujemy tartym parmezanem. W planach miałam jeszcze orzechy włoskie, ale kompletnie zapomniałam! Możecie dodać!

sobota, 2 maja 2015

Wiosna, ach to ty!

Mimo bardzo wątpliwej pogody, wybraliśmy się wczoraj do ogrodu botanicznego, aby załapać się na ostatnie chwile tulipanowego rozkwitu. Widok przepiękny! Było warto - a i pogoda dopisała :)

Spóźniliśmy się jedynie na magnolie...



























niedziela, 26 kwietnia 2015

LOKAL - urodzinowy foodporn w najlepszym wydaniu!

Dawno nie znalazłam czasu dla ChilliPlate - w związku z moimi urodzinami i szczególnymi doświadczeniami kulinarnymi, których dziś doznałam - postanowiłam skrobnąć kilka słów. 

Lokal. Będzie o Lokalu. Nie byle jakim lokalu, bo ten Lokal to gwarancja: dobrego smaku, sympatycznego wnętrza,przemiłej obsługi i klimatu, który oboje z mężem uwielbiamy! Ale chyba o czymś zapomniałam...? No tak - nie da się ukryć, że sposób prezentacji dań jest na najwyższym poziomie - więc uczta w jakiej uczestniczymy w Lokalu jest nie tylko ucztą dla kubków smakowych, ale też ucztą dla oka. 

Do Lokalu prawie byśmy dziś nie dotarli, gdyby nie wczorajsza recenzja teścia z jego ostatniej wizyty w tym miejscu (przyznaję, że my o Lokalu jakoś zapomnieliśmy). Nie dotarlibyśmy prawie również dlatego, że chciałam pojechać tam na poliki wołowe tak chwalone przez teścia (kto mnie zna, wie, że poliki wołowe są jednym z moich ukochanych mięs - i nie ukrywam, że powoli czuję się mistrzem w ich przyrządzaniu ;) - co nie zmienia faktu, że spróbowania ich przy każdej okazji w wykonaniu prawdziwych mistrzów kuchni nie mogę sobie odmówić. Dzwoniąc w sprawie rezerwacji dowiedziałam się, że w związku z pojawieniem się nowego menu - polików wołowych już nie ma :( Nie kryłam rozczarowania, ale mimo wszystko zdecydowaliśmy się dziś na Lokal - i była to genialna decyzja! 

Wnętrze Lokalu idealnie wpisuje się w nasze stylistyczne preferencje restauracyjne. Industrialny, modny obecnie design, przytulne, niezobowiązujące stoliki, sprawiają, że można poczuć się swobodnie i po prostu miło. 





Na miejscu okazało się, że i Lokal przygotował dla mnie urodzinowy prezent - w menu lunchowym na niedzielę znalazły się poliki wołowe!! Yeah! Decyzja zatem była prosta. 

Na początek na stole zagościła cebulowa zupa krem z dodatkiem grzybów i oliwy (jeśli dobrze pamiętam truflowej) oraz trzy małe talerzyki (świetne rozwiązanie, jeśli chodzi o mini przystawki - jest ich do wyboru w karcie 10szt. każda po 3 i 4,5zł lub cały zestaw za 35zł) - krokiet z kaszanki z sosem jabłkowym, krokiet z kaszy gryczanej z grzybami i majonezem tymiankowym i Cygaro z ciasta filo z konfitowanym kurczakiem podawane z majonezem cytrynowo-majerankowym.



Zupa okazała się czymś absolutnie genialnym!! Moja pierwsza myśl - że została zrobiona na bazie sosu z polików wołowych okazała się mylna, ale nie ukrywam, że z ocalałego w tym tygodniu sosu z polików wołowych w domu, zamierzam jutro wyczarować takową zupę krem! Była wspaniała. Szkoda, że nie ma jej na co dzień w karcie. Z talerzyków najbardziej smakowało nam cygaro. Krokiety w postaci ciekawych kulek - były poprawne - jednak chyba wolelibyśmy je na ciepło. 



Drugie dania były mistrzowskie - szczególnie baranina męża duszona w białym winie z młodymi warzywami, polskim dojrzewającym serem (świetny, ostry, bardzo charakterystyczny w smaku) oraz ziemniakami pieczonymi z czosnkiem i rozmarynem. Sukces dania gwarantował zarówno nieporównywalny z niczym innym smak - i wygląd! FoodPorn w najlepszym wydaniu! 



Poliki wołowe podane z puree selerowym - smaczne, o ciekawym smaku, ale (i to będzie jedyne ale - no może jeszcze jedno by się znalazło - męża baranina mogłaby być bardziej ciepła) ale...no chyba jestem zakochana w smaku moich polików wołowych - zarówno tych w czerwonym winie, jak i tych ostatnich w piwie - przepis jeszcze nie gościł na blogu. Mięso było miękkie, odpowiednio przyprawione, sos smaczny, jednak podawanie polików w postaci większego kawałka, bez przecięcie włókien, sprawia, że mięso to, choć ma do tego predyspozycje po odpowiedniej obróbce cieplnej, nie rozpada się w ustach. Nie mniej jednak - poliki są polikami = kocham! 



Deser...poprzestaliśmy na moim deserze z zestawu lunchowego - pysznych lodów orzechowych, podanych z ciasteczkami i musem rabarbarowym - jedne z lepszych lodów jakie jadłam. Maślane, idealnie gładkie, pysznie orzechowe. Ogromny plus za ciasteczka. 



Lokal polecamy wszystkim spragnionym porządnych kulinarnych wrażeń. Sami na pewno będziemy tam często wracać. Dzisiejszy obiad był jednym z tych, które na pewno utkwią nam w pamięci :) 

Pozdrawiamy całą ekipę Lokalu i serdecznie dziękujemy za przemiłą obsługę :) 




czwartek, 2 kwietnia 2015

Wielkanoc - i Biała od Wieśka...

Biała Wielkanoc -  to chyba przestaje nas zaskakiwać... Łódź pokrył śnieżny puch mimo, że w kalendarzu kwiecień...Co zrobić? Lepić zająca! Albo szukać wiosny nie za oknem, ale we własnej kuchni. 


Wielkanoc to zapach świeżych jaj, chrzanu, żuru, rzeżuchy...i oczywiście białej kiełbasy! U mnie w tym roku zagościła Biała od Wieśka prosto z Gorącej Kiełbasiarni, gdzie półtora roku temu prawdziwą rewolucję zrobiła Magda Gessler (więcej tutaj). Zapach takiej domowej kiełbasy jest nie do opisania. Sposobów na nią jest kilka...można zjeść z chrzanem na ciepło, można zjeść na zimno, można dodać do żurku, można zapiec w piwie...! Jedno jest jednak pewne - warto zapłacić za jakość! I o to Was proszę - nie dajcie się omamić reklamom marketów, które kuszą Was kiełbasą za 9,99zł...nie dajcie sobie wmówić, że za 15,99zł kupujecie "dobrą" białą kiełbasę. To niemożliwe. Producent dopłacałby do jej produkcji. 


A jaki Wy macie sposób na białą?





Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...